Takie były początki

W październiku 75 lat temu powstała Wrocławska Spółdzielnia Mieszkaniowa, z której następnie wyodrębniła się Spółdzielnia Mieszkaniowa Wrocław-Południe. Historia spółdzielni pisana jest przez indywidualne historie jej mieszkańców.  Z okazji jubileuszu przedstawiamy kilka ich opowieści. 

Danuta Kijko z dziećmi przy ulicy Ślicznej w latach 80-tych. Zdjęcie z prywatnego archiwum

Panie Danuta Kijko i Aleksandra Łątka to sąsiadki z jednego piętra ze Ślicznej 54. Do swoich mieszkań wprowadziły się w latach 70-tych. – Radość była ogromna, kiedy dostaliśmy przydział – wspomina pani Danuta. – Wcześniej mieszkaliśmy mężem i dwiema córkami w mało komfortowym mieszkaniu w kamienicy, gdzie była wspólna toaleta na korytarzu.

Ul. Śliczna lata 80-te. Zdjęcie z prywatnego archiwum.

Pamiętam ten moment, kiedy weszliśmy pierwszy raz do naszego mieszkania – było jasne, z oknami wychodzącymi na obie strony. Za to okolica nie wyglądała najlepiej, bo blok był dopiero wybudowany. Wokoło błoto, kałuże i glina. Jednak zależało nam na czasie i nie czekaliśmy, aż powstaną chodniki. Miejsce było dobre do życia. W pobliżu tramwaj, szkoły. Kiedy urodził się nasz syn, pod blokiem były już alejki do spacerowania, zieleń, piaskownica – dodaje.

Ul. Śliczna w latach 70-tych. Zdjęcie z prywatnego archiwum

Jej sąsiadka, pani Ola, najmilsze wspomnienia ma związane z sąsiedzkim życiem. Mieszkała sama i sąsiadki z piętra do dzisiaj są dla niej jak rodzina. – Mieszkania mieliśmy urządzone skromnie, bo takie były czasy, że wszystko trzeba było wystać w kolejkach – wspomina pani Ola. – Jednak życie sąsiedzkie kwitło. Kiedy zabrakło mąki czy cukru, pukało się do sąsiada. Jeździliśmy razem na grzyby, wyprawialiśmy imieniny.

 Dla Pana Ryszarda Tarnowskiego, mieszkańca ulicy Zielińskiego, jubileusz Spółdzielni to zarazem 75 lat od jego powrotu z Syberii.   – Jako rodzina leśnika zostaliśmy zesłani na nieludzką ziemię – wspomina. – Po powrocie osiedliliśmy się we Wrocławiu przy ulicy Żeromskiego. Wrocław stanowił w tym czasie wielkie rumowisko. Mając 23 lata, ożeniłem się. Zaraz po ślubie wystąpiliśmy do jedynej w tamtym czasie spółdzielni – Wrocławskiej Spółdzielni Mieszkaniowej.  Przynależność do grupy, która włożyła własną inicjatywę w odbudowę zniszczeń wojennych, to była piękna rzecz, zwłaszcza dla mojej rodziny, która przeżyła piekło na Syberii. Inicjatywa ludzka w czasach powojennych była olbrzymia.  Osiedle „Anna” w latach 70-tych było zaprojektowane przez Miastoprojekt. Stanowiło zwartą całość. Mieliśmy ciągi piesze, zieleń, którą my sadziliśmy czynami społecznymi, żłobek, przedszkole i szkołę. Należałem do Rady Osiedla i nasze posiedzenia zawsze były związane z ulepszaniem życia – wspomina.

Ryszard Tarnowski

Pani Lucyna Trzankowska, mieszkanka ulicy Swobodnej, zamieszkała tutaj z rodziną w 1973 roku, po Świętach Bożego Narodzenia.  – Mieliśmy wtedy trabancika i mąż przewiózł nim wszystko, co tylko było możliwe, łącznie z łóżeczkiem dziecięcym – wspomina.

Okolice ul. Swobodnej w latach 80-tych. Zdjęcie z prywatnego archiwum Lucyny Trzankowskiej.

– Córka miała wtedy roczek, syna jeszcze nie było. To było nasze wyczekiwane, kochane mieszkanie. Przydział dostaliśmy 13-nastego grudnia i dla nas ta trzynastka okazała się szczęśliwa. Przeżyliśmy tu piękne lata.

Lucyna Trzankowska

Dzieci było w Spółdzielni bardzo dużo, gwar na podwórku był niesamowity.  Kwadrat asfaltu przed blokiem latem służył za boisko, a zimą – za lodowisko. Mieszkańcy zalewali go wodą i dzieci jeździły tu od grudnia do lutego.  Urządzając mieszkanie nie mieliśmy dużego wyboru – tapety w każdym pokoju miały ten sam wzór, różniły się tylko kolorem. Ale żyło się dobrze – wspomina.